Rzeszów News
Zarzuty o „porażającą obojętność służb”, zdjęcia bałaganu i drastyczny opis warunków przetrzymywania zwierząt na jednej z działek w Strzyżowie przyczyniły się do wielu udostępnień wpisu w social mediach. W licznych komentarzach atakowano obojętność służb i warunki w jakich przetrzymywane są zwierzęta. W centrum tego cyklonu znalazł się 80-letni, schorowany wdowiec oraz cztery psy, ptactwo i […]
The post Staruszek trzyma zwierzęta na działce. Wolontariuszki: „bezpośredni zagrożenia życia zwierząt” appeared first on Rzeszów News - najnowsze wiadomości, wydarzenia i aktualności z Rzeszowa i Podkarpacia.
Zarzuty o „porażającą obojętność służb”, zdjęcia bałaganu i drastyczny opis warunków przetrzymywania zwierząt na jednej z działek w Strzyżowie przyczyniły się do wielu udostępnień wpisu w social mediach. W licznych komentarzach atakowano obojętność służb i warunki w jakich przetrzymywane są zwierzęta. W centrum tego cyklonu znalazł się 80-letni, schorowany wdowiec oraz cztery psy, ptactwo i króliki.
Sprawa z jednej strony odsłania los starszego, samotnego człowieka, a z drugiej pokazuje zderzenie emocjonalnej wrażliwość młodych społeczniczek z procedurami.
„Koszmar” i znieczulica – radykalne oskarżenia
Narrację w tej sprawie początkowo zdominował wpis jednej ze społeczniczek, która zaalarmowała policję. Jej relacja uderza w najwyższe tony. Kobieta opisała, że początkowo znalazła małego, „potwornie wylęknionego” psa, którego na własny koszt zabrała do weterynarza. Kiedy zwierzę jej uciekło, trafiło na działkę 80-latka. To, co społeczniczka tam zobaczyła, nazwała wprost „koszmarem”.
Wpis w social mediach i maile przesłane na adres redakcji Rzeszów News, brzmiały dramatycznie a opisywane fakty były – na pierwszy rzut oka – bulwersujące.
W swoim wpisie społeczniczka wyliczała szereg drastycznych zarzutów: cztery psy miały być skrajnie zarobaczone, oblepione kleszczami i tak przerażone, że nie dawały się złapać (w tym jeden niewidomy na jedno oko i nieszczepiony). Aktywistka twierdziła również, że kilkutygodniowy kociak był zamknięty w beczce wewnątrz pseudo-kojca, a psy dzieliły przestrzeń z królikami. Uwagę zwracały także martwe zwierzęta: rzekomy martwy szczur oraz – ewidentnie – widoczny na zdjęciu martwy gołąb. Kobieta punktowała również kłamstwo właściciela, który zapewniał o regularnych szczepieniach, podczas gdy telefon do lecznicy zweryfikował, że ostatnie miało miejsce w 2019 roku.
Swoje największe oburzenie skierowała jednak na Powiatowego Inspektora Weterynarii, oskarżając go o brak działań w obliczu „bezpośredniego zagrożenia życia zwierząt”.
„Oceńcie zachowanie pana inspektora sami. Ja uważam jedno: osoba, która pobiera niemałą pensję ze środków publicznych i reprezentuje organ nadzoru, ma psi obowiązek rzetelnie wywiązywać się ze swoich zadań! (…) Nie zgadzajmy się na znieczulicę!” – apelowała stanowczo w internecie, domagając się natychmiastowego odebrania zwierząt.
Co widać na nagraniach i zdjęciach?
Opublikowane przez aktywistki materiały pokazują prowizoryczną, mocno wyeksploatowaną zabudowę działkową. Na nagraniu bez zgody właściciela działki i na fotografiach rzeczywiście widać psa w typie myśliwskim, zamkniętego za metalową kratą, u którego na jednym oku widać wyraźne zmętnienie.
Na podłożu wyraźnie usytuowane są miski z wodą oraz karmą. W innej części posesji widać bałagan. Pośród składowanych materiałów i drewna leży martwy ptak, a obok znajdują się woliery z żywymi gołębiami. Dla społeczniczki ten nieporządek był dowodem na znęcanie się nad zwierzętami.
Pies, który wrócił do staruszka
Według informacji, który pozyskaliśmy od dr. Antoniego Kopcia, Powiatowego Lekarza Weterynarii w Strzyżowie, kilka dni przed interwencją jedna z wolontariuszek istotnie znalazła małego psa i zabezpieczyła u siebie.
Z relacji weterynarza wynika, że nie do końca był to bezpański włóczęga „znikąd”: pies, był wcześniej dokarmiany przez starszego mężczyznę, pana Rusinka. Piesek sam do niego przychodził. Kiedy uciekła wolontariuszce i wrócił dokładnie tam, gdzie od dłuższego czasu znajdował strawę, czyli na działkę staruszka.
Aktywistka kontra specjalista z dziedziny
Stanowisko młodej aktywistki drastycznie rozmija się z oceną dr. Antoniego Kopcia. Warto podkreślić, że posiada on drugą, oprócz weterynaryjnej, specjalizację z dobrostanu zwierząt. Niezwykle rzadką w skali kraju, ponieważ tego typu specjalistów w Polsce jest ok. czterdziestu. Jak twierdzi, pozwala mu to oceniać daną sytuację wielpaspektowo.
Dr Kopeć w rozmowie z Rzeszów News metodycznie odpierał zarzuty wolontariuszki. Jak zaznaczył, po pierwsze, nie widział żadnego kota w beczce. Kiedy przyjechał na miejsce, kobiety trzymały już kociaka na rękach, a właściciel działki w ogóle zaprzeczył, aby posiadał kota.
– Kiedy przyjechałem na miejsce, te panie (wolontariuszki – przypis redakcji Rzeszów News) były już na zewnątrz i trzymały kotka na rękach. (…) Biorąc pod uwagę, że był to kotek w okresie około odsadzenia, bardzo możliwe, że matka go tam schowała”.
Kiedy zaczyna się właściwe odsadzanie (przejście na stały pokarm), zęby kociąt stają się ostre, a karmienie piersią zaczyna sprawiać kotce ból. Matka może wtedy celowo chować się przed młodymi lub izolować je w bezpiecznym miejscu, aby odpocząć od ich natarczywości.


Bieda nie oznacza od razu znęcania się
Odnosząc się do samego oskarżenia o okrucieństwo, weterynarz diagnozuje problem jako rodzaj konfliktu pokoleniowego i światopoglądowego.
– Młode panie często to sobie tak tłumaczą, że jak widzą gdzieś biedę i ubóstwo, to jest to równoznaczne ze znęcaniem się nad zwierzętami. A tak wcale nie jest: bieda to nie oznacza od razu znęcania się – wyjaśnia dr Kopeć.
Zauważył również, że choć brak szczepienia przeciw wściekliźnie to wykroczenie (karane mandatem), to nie ma mowy o bezpośrednim zagrożeniu życia zwierząt, które uzasadniałoby ich konfiskatę w trybie natychmiastowym. Dodatkowo przypomniał, że psy w rzekomo „lepszym” schronisku często wegetują w więziennych warunkach w kojcach, podczas gdy na działce miały kontakt z opiekunem, który kilka razy dziennie przychodził do nich, karmił i z nimi “rozmawiał”.
Służby i ich granice: kto za co odpowiada?
Kolejnym powodem gniewu społeczniczki była rzekoma obojętność policji. Oficer prasowy KPP w Strzyżowie, Daniel Czapczyński, jednoznacznie jednak odcina się od tych zarzutów, przypominając o literze prawa.
– Należy wyraźnie podkreślić, że to nie my jesteśmy od oceniania takich sytuacji, ponieważ ocena stanu zdrowia zwierząt i sposobu ich przetrzymywania leży wyłącznie w kompetencjach lekarza weterynarii – tłumaczy Czapczyński i dodaje, że właściciela gołębi i królików ma odwiedzić dzielnicowy.
Dopóki weterynarz nie stwierdza rażących zaniedbań zagrażających życiu (a decyzję o ewentualnym odebraniu i tak wydaje burmistrz lub wójt), policja nie ma prawnych możliwości ingerencji, wyjaśnia Czapczyński.
Kto może odebrać zwierzę i dlaczego tego nie zrobiono?
Najczęściej powtarzany w sieci postulat – „zwierzęta powinny zostać natychmiast odebrane” – rozbija się o przepisy. Decyzji nie podejmuje jednoosobowo lekarz weterynarii.
– Decyzji o odebraniu zwierzęcia nie wydaje jednoosobowo Powiatowy Lekarz Weterynarii, czyli ja, lecz właściwy wójt lub burmistrz – klaruje Antoni Kopeć. – Ja, policja czy organizacje społeczne możemy wnioskować o taki krok, ale to burmistrz podejmuje decyzję. W trybie natychmiastowym można działać w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, ale w tym przypadku nie było zagrożenia dla życia ani dla zdrowia zwierząt.
Pozostaje kwestia szczepień. Właściciel utrzymywał, że psy są szczepione przeciw wściekliźnie i podał swojego lekarza; weryfikacja telefoniczna wykazała, że ostatnie szczepienie odnotowano w 2019 r.
To realne uchybienie. Ale, jak podkreśla Kopeć, o określonej wadze prawnej. Brak szczepienia przeciw wściekliźnie to wykroczenie, za które nakłada się mandat, a nie jest to powód do odbierania zwierzęcia tu i teraz, gdy nie ma ogniska choroby w otoczeniu.
Dramat 80-latka czy dramat zwierząt?
Pan Rusinek to 80-letni samotny wdowiec po zawale serca. Według znajomych zwierzęta to jego jedyna rozrywka i powód, dla którego w ogóle utrzymuje formę. To on dokarmiał bezdomnego psa, od którego wszystko się zaczęło. Kiedy zwierzę uciekło społeczniczce, instynktownie wróciło do staruszka.
– Znajomi tego pana nie wierzą, że mógłby być zły dla zwierząt – on uchodzi za »człowieka od zwierząt« – mówi powiatowy weterynarz. – Pan Rusinek ma 80 lat, mieszka sam i od bardzo dawna jest wdowcem. Wolontariuszki pytały czemu nie woli siedzieć w domu przed telewizorem i pić kawy. A te zwierzęta to dla niego najwyraźniej jedyna prawdziwa rozrywka na świecie, wręcz radość życia, i to one trzymają go w kondycji – dodaje dr Kopeć.
Jednocześnie Kopeć nie ukrywa, że mężczyzna bywa cholerykiem. W dniu interwencji, przywieziony przez policję, był zdenerwowany, wyzywał policjantów, lekarza i wolontariuszki. Ale – przypomina Kopeć – niedawno przeszedł zawał.
– Kiedy podczas interwencji z policją odszedł od nas na jakieś 100 metrów, przewrócił się i nie mógł wstać. Musiał go stamtąd przyprowadzić administrator działek – mówi Kopeć.
To nie jest zwykły pies
Powiatowy weterynarz dodaje zaraz, że dzień później obraz był zupełnie inny.
– W czwartek rano, kiedy przyjechałem tam o ósmej w deszczu, to był już zupełnie inny człowiek – mówi weterynarz. – Przyjechał tam na rowerze, spokojnie karmił gołębie, rozmawiał z nimi i królikami. Miał przygotowaną z własnej inicjatywy specjalną mokrą karmę dla psa. Pies był na 5-metrowym łańcuchu przy budzie. Póki co nie jest to zakazane. Ale pan Rusinek regularnie u niego bywa, jak zapewnia kilka razy dziennie, karmi i zapewnia wodę.
Pies pana Rusinka to mieszaniec w typie rasy polującej – tłumaczy Kopeć. – Ten pan kiedyś polował i gdyby puszczał psa luzem, zwierzę mógłby pogonić za kaczkami. Warto też zaznaczyć, że tylko jeden pies, o którym mowa należy do Rusinka, reszta to przybłędy, które pojawiały się na jego działce, ponieważ Rusinek litował się nad nimi i je dokaramiał.
Pomoc czy niedźwiedzia przysługa?
Sam lekarz nie odmawia wolontariuszkom dobrej woli.
– Jestem skłonny uwierzyć w dobre intencje tych pań, jednak brakuje im doświadczenia i wiedzy – mówi powiatowy weterynarz. – Ich działanie wyglądało na takie spontaniczne ruszenie.
Kopeć opowiada, że Rusinek ostatecznie stwierdził, że zgadza się, aby społeczniczki zabrały psy do schroniska, ale na miejscu panie nie miały możliwości spisania oświadczenia, że Rusinek zrzeka się praw do nich; choć na pewno jest właścicielem tylko jednego. Przełożono to więc na następny dzień. Panie umówiły się z Rusinkiem na odebranie psów.
– Nie wiem czy do tego doszło – mówi Kopeć. – Rusinek, we czwartek rano, pytał mnie, kiedy go wizytowałem, czy panie “już jadą”. (mob)
Czytaj więcej:
Wystarczyły dwie godziny. Czterech kierowców przejechało “na czerwonym” przez tory w Rzeszowie
