Przy al. Sikorskiego oraz ul. Krakowskiej w Rzeszowie stanęły charakterystyczne żółte skrzynki fotoradarów. Na lokalnych forach w mediach społecznościowych wybuchła wojenka domowa. Dla jednych to upragnione zwiększenie bezpieczeństwa, dla innych kolejny „skok na kasę” i bat na kierowców. Kto naprawdę odpowiada za nowe instalacje?
Wśród komentujących nowe urządzenia mieszkańców Rzeszowa natychmiast pojawiły się głosy obwiniające lokalne władze o chęć podreperowania miejskiej kasy. Czy słusznie?
Kto pociąga za sznurki? Samorząd czy GITD?
Przepisy w Polsce stawiają sprawę jasno: samorządy od lat nie mają prawa stawiać fotoradarów ani pobierać z nich pieniędzy.
Jedyną instytucją uprawnioną do lokalizowania, montowania fotoradarów oraz wystawiania na ich podstawie mandatów jest Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD), działający w ramach ogólnokrajowego systemu CANARD.
Jaka była więc rola samorządu Rzeszowa? Miasto zadziałało tu jako pośrednik i głos samych mieszkańców. Urzędnicy z Miejskiego Zarządu Dróg oraz ratusza regularnie otrzymywali skargi od rzeszowian na hałas i niebezpieczne rajdy na głównych arteriach. Gdy GITD wyszło z propozycją przeniesienia dwóch nieużywanych urządzeń z Dębicy i Parkosza, władze Rzeszowa po prostu dały zielone światło na montaż urządzeń przy Krakowskiej i Sikorskiego.
– To są miejsca wskazywane w interwencjach mieszkańców. Zgłaszano hałas i zagrożenie, czyli nie są to przypadkowe lokalizacje. Docierały do nas wyraźne sygnały od mieszkańców. W związku z tym, że pojawiła się propozycja ze strony Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego dotycząca przeniesienia dwóch fotoradarów, miasto stwierdziło, że na nią reflektuje – tłumaczy Artur Gernand z Kancelarii Prezydenta Miasta Rzeszowa.
Gdzie dokładnie zdejmiesz nogę z gazu?
Nowe fotoradary zabezpieczają kluczowe i najbardziej obciążone wjazdy do stolicy Podkarpacia, na których regularnie dochodziło do przekraczania prędkości. W obu miejscach obowiązuje ograniczenie do 50 km/h:
- al. Sikorskiego (DW 878): Urządzenie stanęło w rejonie stacji benzynowej Watkem. Monitoruje pojazdy wjeżdżające do Rzeszowa od strony Tyczyna.
- ul. Krakowska (DK 94): Maszt ustawiono w okolicy cmentarza. Kontroluje kierowców jadących od strony Świlczy oraz węzła drogi ekspresowej S19.
Oba urządzenia są jaskrawożółte i dobrze widoczne, więc kierowcy jadący uważnie nie powinni być zaskoczeni.

„Maszynka do zarabiania” czy ochrona dzieci? W sieci zawrzało
Wśród komentarzy dotyczących montażu radarów pokazują się skrajne emocje rzeszowian. Przeciwnicy kontroli natychmiast uderzyli w tony antysystemowe i zaczęli winić prezydenta Konrada Fiołka:
“Sposób prezydenta Fiołka na cerowanie miernego prowadzenia budżetu…” – napisał jeden z nich, na co szybko odpowiedział inny internauta: “Co ma piernik do wiatraka? To nie samorządy ustawiają radary”.
Wielu kierowców podnosiło argument, że fotoradary zamiast płynności ruchu przyniosą paraliż i tzw. “efekt kangura”, czyli gwałtowne hamowanie ze strachu:
“Na krakowskiej też jest na 50tce, to nagle walą po hamulcach do 40km/h panikarze” – zauważa jeden z komentujących. Inny dodaje, okraszając przekleństwami: “#&^%$ jakby nie można było 50-55. Jakaś @^%# 35-40 cały czas lewym pasem”.
Po drugiej stronie barykady stanęli zwolennicy uspokojenia ruchu, odpierający zarzuty o “opresję państwa”.
“Jak ktoś przepisowo jedzie to nie ma czego się bać” – ucina krótko Anonimowy Uczestnik. Gdy inni zarzucili mu bezmyślne posłuszeństwo, odpowiedział: “Bezmyślne jest to, że chcę żeby moje dziecko mogło przechodzić bezpiecznie przez ulicę? że nie *&%$ go jakiś debil myślący że w mieście ma tor? %@@%$& na tor”.
W dyskusji nie zabrakło też czarnego humoru oraz groźb wandalizmu. Pojawiły się mętne porady o “smarowaniu obiektywu wazeliną” czy wezwania do rzeszowskich ekip “FLEXIMEN” (nawiązanie do francuskiego ruchu niszczenia radarów szlifierkami kątowymi).
Podkarpacie na mapie CANARD
Rzeszów do tej pory był miastem stosunkowo “pustym” pod względem klasycznych, żółtych skrzynek (kierowcy musieli głównie uważać na odcinkowy pomiar prędkości na ul. Dębickiej w kierunku Nosówki). Nowe instalacje to część większej strategii GITD.
W całym kraju sieć CANARD obejmuje już ponad 640 urządzeń, z czego ponad 500 to tradycyjne fotoradary. Skala zjawiska jest ogromna – tylko w całym ubiegłym roku system zweryfikował ponad 1,3 miliona naruszeń przepisów, co przełożyło się na blisko 685 tysięcy wystawionych mandatów.
Na samym Podkarpaciu działa obecnie 18 punktowych fotoradarów, 10 odcinkowych pomiarów prędkości oraz dwa systemy RedLight monitorujące przejazd na czerwonym świetle. Wszystko wskazuje na to, że żółte skrzynki przy Sikorskiego i Krakowskiej na stałe wpiszą się w rzeszowski krajobraz, wymuszając na kierowcach zmianę nawyków – niezależnie od tego, jak bardzo głośno będą protestować w internecie. (mob)
Czytaj więcej:
Tragedia na torach między Rzeszowem a Sędziszowem Małopolskim. Gigantyczne opóźnienia
Przy al. Sikorskiego oraz ul. Krakowskiej w Rzeszowie stanęły charakterystyczne żółte skrzynki fotoradarów. Na lokalnych forach w mediach społecznościowych wybuchła wojenka domowa. Dla jednych to upragnione zwiększenie bezpieczeństwa, dla innych kolejny „skok na kasę” i bat na kierowców. Kto naprawdę odpowiada za nowe instalacje?
Wśród komentujących nowe urządzenia mieszkańców Rzeszowa natychmiast pojawiły się głosy obwiniające lokalne władze o chęć podreperowania miejskiej kasy. Czy słusznie?
Kto pociąga za sznurki? Samorząd czy GITD?
Przepisy w Polsce stawiają sprawę jasno: samorządy od lat nie mają prawa stawiać fotoradarów ani pobierać z nich pieniędzy.
Jedyną instytucją uprawnioną do lokalizowania, montowania fotoradarów oraz wystawiania na ich podstawie mandatów jest Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD), działający w ramach ogólnokrajowego systemu CANARD.
Jaka była więc rola samorządu Rzeszowa? Miasto zadziałało tu jako pośrednik i głos samych mieszkańców. Urzędnicy z Miejskiego Zarządu Dróg oraz ratusza regularnie otrzymywali skargi od rzeszowian na hałas i niebezpieczne rajdy na głównych arteriach. Gdy GITD wyszło z propozycją przeniesienia dwóch nieużywanych urządzeń z Dębicy i Parkosza, władze Rzeszowa po prostu dały zielone światło na montaż urządzeń przy Krakowskiej i Sikorskiego.
– To są miejsca wskazywane w interwencjach mieszkańców. Zgłaszano hałas i zagrożenie, czyli nie są to przypadkowe lokalizacje. Docierały do nas wyraźne sygnały od mieszkańców. W związku z tym, że pojawiła się propozycja ze strony Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego dotycząca przeniesienia dwóch fotoradarów, miasto stwierdziło, że na nią reflektuje – tłumaczy Artur Gernand z Kancelarii Prezydenta Miasta Rzeszowa.
Gdzie dokładnie zdejmiesz nogę z gazu?
Nowe fotoradary zabezpieczają kluczowe i najbardziej obciążone wjazdy do stolicy Podkarpacia, na których regularnie dochodziło do przekraczania prędkości. W obu miejscach obowiązuje ograniczenie do 50 km/h:
- al. Sikorskiego (DW 878): Urządzenie stanęło w rejonie stacji benzynowej Watkem. Monitoruje pojazdy wjeżdżające do Rzeszowa od strony Tyczyna.
- ul. Krakowska (DK 94): Maszt ustawiono w okolicy cmentarza. Kontroluje kierowców jadących od strony Świlczy oraz węzła drogi ekspresowej S19.
Oba urządzenia są jaskrawożółte i dobrze widoczne, więc kierowcy jadący uważnie nie powinni być zaskoczeni.

„Maszynka do zarabiania” czy ochrona dzieci? W sieci zawrzało
Wśród komentarzy dotyczących montażu radarów pokazują się skrajne emocje rzeszowian. Przeciwnicy kontroli natychmiast uderzyli w tony antysystemowe i zaczęli winić prezydenta Konrada Fiołka:
“Sposób prezydenta Fiołka na cerowanie miernego prowadzenia budżetu…” – napisał jeden z nich, na co szybko odpowiedział inny internauta: “Co ma piernik do wiatraka? To nie samorządy ustawiają radary”.
Wielu kierowców podnosiło argument, że fotoradary zamiast płynności ruchu przyniosą paraliż i tzw. “efekt kangura”, czyli gwałtowne hamowanie ze strachu:
“Na krakowskiej też jest na 50tce, to nagle walą po hamulcach do 40km/h panikarze” – zauważa jeden z komentujących. Inny dodaje, okraszając przekleństwami: “#&^%$ jakby nie można było 50-55. Jakaś @^%# 35-40 cały czas lewym pasem”.
Po drugiej stronie barykady stanęli zwolennicy uspokojenia ruchu, odpierający zarzuty o “opresję państwa”.
“Jak ktoś przepisowo jedzie to nie ma czego się bać” – ucina krótko Anonimowy Uczestnik. Gdy inni zarzucili mu bezmyślne posłuszeństwo, odpowiedział: “Bezmyślne jest to, że chcę żeby moje dziecko mogło przechodzić bezpiecznie przez ulicę? że nie *&%$ go jakiś debil myślący że w mieście ma tor? %@@%$& na tor”.
W dyskusji nie zabrakło też czarnego humoru oraz groźb wandalizmu. Pojawiły się mętne porady o “smarowaniu obiektywu wazeliną” czy wezwania do rzeszowskich ekip “FLEXIMEN” (nawiązanie do francuskiego ruchu niszczenia radarów szlifierkami kątowymi).
Podkarpacie na mapie CANARD
Rzeszów do tej pory był miastem stosunkowo “pustym” pod względem klasycznych, żółtych skrzynek (kierowcy musieli głównie uważać na odcinkowy pomiar prędkości na ul. Dębickiej w kierunku Nosówki). Nowe instalacje to część większej strategii GITD.
W całym kraju sieć CANARD obejmuje już ponad 640 urządzeń, z czego ponad 500 to tradycyjne fotoradary. Skala zjawiska jest ogromna – tylko w całym ubiegłym roku system zweryfikował ponad 1,3 miliona naruszeń przepisów, co przełożyło się na blisko 685 tysięcy wystawionych mandatów.
Na samym Podkarpaciu działa obecnie 18 punktowych fotoradarów, 10 odcinkowych pomiarów prędkości oraz dwa systemy RedLight monitorujące przejazd na czerwonym świetle. Wszystko wskazuje na to, że żółte skrzynki przy Sikorskiego i Krakowskiej na stałe wpiszą się w rzeszowski krajobraz, wymuszając na kierowcach zmianę nawyków – niezależnie od tego, jak bardzo głośno będą protestować w internecie. (mob)
Czytaj więcej:
Tragedia na torach między Rzeszowem a Sędziszowem Małopolskim. Gigantyczne opóźnienia
