Od lat środek Rzeszowa, zaledwie 200 metrów od pomnika Czynu Rewolucyjnego, szpeci składowisko odpadów, które dla jednych jest „manią”, a dla innych śmiertelnym zagrożeniem. Po dekadach bezsilności służb, Rada Miasta Rzeszowa podjęła radykalną decyzję. Rozwiązaniem ma być sprzedaż części nieruchomości sąsiadowi.
Dla urzędników właściciel posesji przy ul. Księdza Jałowego 5A to „przemiły starszy pan”, były biznesmen z lat 80., który w kontaktach z magistratem zawsze pozostaje grzeczny. Dla mieszkańców bloku nr 11 to jednak „gimelarz”, który zamienił okolicę w hałaśliwe wysypisko.
„Gimela” pod oknem i gniecenie puszek
– Mam przepiękny widok z okna na tę jego całą „gimelę” – mówi nam rozgoryczony mieszkaniec osiedla. – On od lat zbiera graty, gałęzie, stare okna. Była sytuacja, że przez dwa tygodnie non-stop, przez sześć godzin dziennie, na samym środku chodnika gniótł puszki. Ten dźwięk i smród są nie do wytrzymania. Ja tu prowadzę szkołę muzyczną online, a czuję się, jakbym mieszkał na złomowisku w samym centrum miasta.
Mieszkańcy wspominają też o dawnych „pasjach” sąsiada – od palenia ramami okiennymi w piecu, po nielegalną hodowlę gołębi, która przed laty terroryzowała okolicę brudem.

Strach przed „kiepem”
Największym problemem nie jest jednak estetyka, a bezpieczeństwo. Na nieogrodzonej posesji, obok czterech wraków samochodów i starej przyczepy kempingowej, piętrzą się sterty makulatury i kartonów.
„To się smoli w słońcu. Wystarczy, że ktoś tam kiepa rzuci i to się zapali” – alarmuje sąsiad. „Polacy są mądrzy po szkodzie. Będziemy czekać, aż spłonie pół osiedla?”.
Urzędowy pat: „Nic nie możemy zrobić”
Przez lata instytucje takie jak Sanepid, Straż Miejska czy Spółdzielnia Mieszkaniowa rozkładały ręce. Ponieważ teren jest prywatny, urzędnicy czuli się ubezwłasnowolnieni. Sprawa była od dawna znana, były prowadzone postępowania, ale ostatecznie nic nie można było z tym zrobić.
Podczas przedostatniej sesji Rady Miasta (27 stycznia) urzędnicy przyznali, że żadna organizacja nie potrafiła wywrzeć na zbieracza skutecznego wpływu. Potwierdzono również obawy mieszkańców.
„Jest tam ewidentnie zagrożenie sanitarne i przeciwpożarowe, bo całe piętro budynku wypełnione jest śmieciami, w dużej części papierowymi” – padło z ust przedstawiciela miasta.

Jednogłośna decyzja: Sprzedaż zamiast dzierżawy
Miasto znalazło jednak „patent” na rozwiązanie problemu. Zamiast bezskutecznych monitów, postanowiono sprzedać 87 metrów kwadratowych podjazdu właścicielowi sąsiedniej nieruchomości. Wcześniej proponowano dzierżawę, ale sąsiedzi odmówili, twierdząc, że tylko jako właściciele będą mieli realne narzędzia do zaprowadzenia tam porządku.
Podczas głosowania rzeszowscy radni wykazali się rzadką jednomyślnością. Uchwała o sprzedaży gruntu przeszła stosunkiem głosów 19 za, 0 przeciw.
“To najlepszy i najprostszy sposób rozwiązania tego problemu, jaki tam zaistniał” – argumentowano na sesji. “Właściciel poradzi sobie szybciutko z tym problemem”.
(AM)
Czytaj więcej:
Czytasz Rzeszów News? Twoje wsparcie pozwoli nam działać sprawniej.
Postaw kawę za:
Od lat środek Rzeszowa, zaledwie 200 metrów od pomnika Czynu Rewolucyjnego, szpeci składowisko odpadów, które dla jednych jest „manią”, a dla innych śmiertelnym zagrożeniem. Po dekadach bezsilności służb, Rada Miasta Rzeszowa podjęła radykalną decyzję. Rozwiązaniem ma być sprzedaż części nieruchomości sąsiadowi.
Dla urzędników właściciel posesji przy ul. Księdza Jałowego 5A to „przemiły starszy pan”, były biznesmen z lat 80., który w kontaktach z magistratem zawsze pozostaje grzeczny. Dla mieszkańców bloku nr 11 to jednak „gimelarz”, który zamienił okolicę w hałaśliwe wysypisko.
„Gimela” pod oknem i gniecenie puszek
– Mam przepiękny widok z okna na tę jego całą „gimelę” – mówi nam rozgoryczony mieszkaniec osiedla. – On od lat zbiera graty, gałęzie, stare okna. Była sytuacja, że przez dwa tygodnie non-stop, przez sześć godzin dziennie, na samym środku chodnika gniótł puszki. Ten dźwięk i smród są nie do wytrzymania. Ja tu prowadzę szkołę muzyczną online, a czuję się, jakbym mieszkał na złomowisku w samym centrum miasta.
Mieszkańcy wspominają też o dawnych „pasjach” sąsiada – od palenia ramami okiennymi w piecu, po nielegalną hodowlę gołębi, która przed laty terroryzowała okolicę brudem.

Strach przed „kiepem”
Największym problemem nie jest jednak estetyka, a bezpieczeństwo. Na nieogrodzonej posesji, obok czterech wraków samochodów i starej przyczepy kempingowej, piętrzą się sterty makulatury i kartonów.
„To się smoli w słońcu. Wystarczy, że ktoś tam kiepa rzuci i to się zapali” – alarmuje sąsiad. „Polacy są mądrzy po szkodzie. Będziemy czekać, aż spłonie pół osiedla?”.
Urzędowy pat: „Nic nie możemy zrobić”
Przez lata instytucje takie jak Sanepid, Straż Miejska czy Spółdzielnia Mieszkaniowa rozkładały ręce. Ponieważ teren jest prywatny, urzędnicy czuli się ubezwłasnowolnieni. Sprawa była od dawna znana, były prowadzone postępowania, ale ostatecznie nic nie można było z tym zrobić.
Podczas przedostatniej sesji Rady Miasta (27 stycznia) urzędnicy przyznali, że żadna organizacja nie potrafiła wywrzeć na zbieracza skutecznego wpływu. Potwierdzono również obawy mieszkańców.
„Jest tam ewidentnie zagrożenie sanitarne i przeciwpożarowe, bo całe piętro budynku wypełnione jest śmieciami, w dużej części papierowymi” – padło z ust przedstawiciela miasta.

Jednogłośna decyzja: Sprzedaż zamiast dzierżawy
Miasto znalazło jednak „patent” na rozwiązanie problemu. Zamiast bezskutecznych monitów, postanowiono sprzedać 87 metrów kwadratowych podjazdu właścicielowi sąsiedniej nieruchomości. Wcześniej proponowano dzierżawę, ale sąsiedzi odmówili, twierdząc, że tylko jako właściciele będą mieli realne narzędzia do zaprowadzenia tam porządku.
Podczas głosowania rzeszowscy radni wykazali się rzadką jednomyślnością. Uchwała o sprzedaży gruntu przeszła stosunkiem głosów 19 za, 0 przeciw.
“To najlepszy i najprostszy sposób rozwiązania tego problemu, jaki tam zaistniał” – argumentowano na sesji. “Właściciel poradzi sobie szybciutko z tym problemem”.
(AM)
Czytaj więcej:
Czytasz Rzeszów News? Twoje wsparcie pozwoli nam działać sprawniej.
